行って来ます !…

07_26_500

Ittekimasu!” czytamy tytuł wpisu. Japończycy mówią tak, kiedy wychodzą z domu i możemy to przetłumaczyć jako “Na razie!“, “No to wychodzę“, ale dosłownie to zlepek dwóch słów “idę i przyjdę”, czyli Schwarzeneggerowskie “I’ll be back!” – ja teraz idę, ale ja tu wrócę!… *^V^*

Ja też tu wrócę. Do mojej Japonii. Do Tokio. Do parków i wieżowców. Do sklepów stujenowych i barów automatowych. Do miniaturowych ogródeczków wszędzie i stojaków na parasole przed sklepami, kiedy pada. Do konbini i szumu cykad. Do zielonej herbaty, anko, natto, zupy miso, steka z ogona tuńczyka, automatów z napojami prawie wszędzie. Do tych rzeczy nielubianych – jak trzęsienia ziemi.

Kiedy wróciłam z Japonii do Polski po pierwszych wakacjach w 2011 i płakałam, że chcę tam natychmiast pojechać z powrotem, usłyszałam, że tak jest zawsze po udanych wakacjach, ten okres trwa przez chwilę a potem zapominamy i wracamy do naszej rzeczywistości. U mnie ten stan trwa już piąty rok. Nie zapomniałam i od tamtego czasu nie uważam rzeczywistości, w której żyję na co dzień za moją. To taki okres przejściowy pomiędzy jednym a drugim pobytem w moim miejscu – w Japonii. Tu czuję się lepiej, bardziej na miejscu, jestem psychicznie lepiej dopasowana do japońskiej obyczajowości, mentalności, kuchni. Nie w stu procentach, ale w wystarczającym stopniu, żebym chciała tutaj prowadzić moje życie.

W tym roku, inaczej niż dwa razy wcześniej, mieliśmy szansę zakosztować życia nie w hotelu w centrum miasta ale w normalnym mieszkaniu w dzielnicy na obrzeżach Tokio. Mogłam się wczuć w inne japońskie życie – takie zwyczajne, codzienne, z segregowaniem śmieci, obsługą sprzętów domowych, z robieniem zakupów w spożywczym, mogłam zaobserwować życie społeczności naszego osiedla, rozeznać się w cenach nieruchomości, kosztów jedzenia, rozrywek. Do tej pory zaznałam już wiosennego Tokio w maju/czerwcu, potem w upalne lato w sierpniu/wrześniu, teraz trafiliśmy na końcówkę pory deszczowej i początek lata. Miałam teraz szansę ponownie się zastanowić, czy gdybym mogła, czy tak naprawdę chciałabym tu zamieszkać. Byłoby inaczej niż w Polsce, pod wieloma względami. Nie wszystko byłoby zmianą na plus, jestem daleka od ślepego uwielbienia dla wszystkiego tutaj tylko dlatego, że jest to japońskie. Z czegoś trzeba by było zrezygnować, żeby zyskać coś innego.

Tokio się zmienia, a pewnie i reszta dużych miast, dla zachodniego turysty robi się tu łatwiej. Z powodu zbliżającej się olimpiady w 2020 roku trwają szeroko zakrojone prace ukierunkowane na otwarcie się na przyjazd anglojęzycznych (ale nie tylko) turystów, więc na przykład w wielu miejscach przybyło napisów po angielsku – chociażby na onigiri w Lawsonie czy na niektórych automatach w barach z jedzeniem (wreszcie mamy pewność, co jemy! ^^*~~), młodzi sprzedawcy w sklepach potrafią i odważają się zagadać do nas po angielsku (i japońsku ^^), dwa lata temu tego jeszcze nie było. Część Japonii lada moment będzie szeroko dostępna i w pewnym sensie odarta z atmosfery tajemniczości, chociaż na pewno pozostanie też sporo miejsc niedostępnych dla obcych, opisanych wyłącznie w kanji. Barów, gdzie nawet ceny podane są zapisem japońskim i turysta zrezygnuje z wejścia, bo nie zrozumie ani pół słowa z menu. Marzy mi się wejście do takiego świata choć wiem, że to marzenie ściętej głowy, bo żebym nie wiem jak dobrze poznała język i kulturę, nie będąc Japonką nigdy mi się to nie uda, zawsze będę postrzegana jako osoba z zewnątrz. A stanie się Japonką jest w moim przypadku z założenia niemożliwe.

A turystów jest w tym roku bardzo dużo, widzę twarze takie jak moja pięć lat temu – zachwycone każdym widokiem, oczy niewiedzące, w którą stronę patrzeć, żeby w pełni chłonąć wszystko, co ich otacza. Widzę też ludzi Zachodu, którzy tu mieszkają i pracują, nie wiem czy z konieczności czy z wyboru, ale los pozwolił im tu prowadzić swoje życie. Patrzę na Japończyków i próbuję odgadnąć, co oni sądzą o takim napływie obcokrajowców, czy są zadowoleni, obojętni, niechętni. Turyści to błogosławieństwo dla gospodarki ale bywają też utrudnieniem dla zwyczajnych ludzi, nie znają panujących obyczajów i języka, opóźniają tubylców w kolejkach do knajp bo nie wiedzą, co wybrać, są hałaśliwi w pociągach, Chińczycy są szczególnie bezczelni i upierdliwi… Pewnie co osoba to opinia, tak sobie myślę, albo może Japończycy w ogóle nie zaprzątają sobie głowy obcokrajowcami, bo większość z nich prowadzi swoje życie codzienne z dala od atrakcji turystycznych i w ogóle tych przyjezdnych nie zauważa. To ja ich widzę, bo europejskie twarze i amerykańskie gabaryty rzucają mi się w oczy na ulicy (co do gabarytów, to jak już niejednokrotnie wspominałam, Japończycy niestety dzielnie Amerykanów gonią w tej kwestii…).

Jestem zmęczona przyjeżdżaniem tutaj na wakacje. Wysiadamy z samolotu i natychmiast czuję presję, że jesteśmy tutaj tylko trzy lub cztery tygodnie w porównaniu do całej reszty roku, i NIE WOLNO MARNOWAĆ CZASU!… Trzeba zwiedzać, biegać, oglądać, spacerować, dokumentować, relacjonować, jeść ciągle coś innego, żeby spróbować jak najwięcej, kupić wszystko co mi przyjdzie do głowy na zapas, bo następna wizyta za rok albo dwa albo niewiadomokiedy. Nie mam chwili na oddech, na zatrzymanie się w miejscu i pogłębienie moich doświadczeń, na pogapienie się w ścianę mimo, że to jest japońska ściana i chciałoby się ją popodziwiać.

Czy gdyby dziś się okazało, że jest możliwość zamieszkania w Japonii, że Robert dostał pracę w Tokio i możemy się przeprowadzić, czy bez wahania spakowalibyśmy walizki? Odpowiedź może być tylko jedna – oczywiście, że tak! Chcielibyśmy podjąć wyzwanie i spróbować zbudować nasze życie w tym miejscu. Na razie wracamy do Polski ale już planujemy powrót do Japonii za kilka miesięcy, bo to przecież #jedynysłusznykierunek! *^v^* Bardzo dziękujemy osobom, które towarzyszyły nam w naszych tegorocznych wakacjach i zostawiały po sobie ślad w postaci komentarzy, było nam miło dla Was pisać. Jak nam się plany na następny przyjazd skonkretyzują, to niezwłocznie Was powiadomię tu na blogu. Do następnego razu! *^V^*~~~

Wasze Fumy Turystyczne