Umihotaru i Kannon

W sobotę byliśmy umówieni z naszymi japońskimi znajomymi Eri i Yujim. Ruszyliśmy metrem ze stacji Mitsukoshimae, eleganckiej części biznesowej Kandy:

W drodze na miejsce spotkania zatrzymaliśmy się w dzielnicy Shibuya, żebym mogła uzupełnić zapasy akwareli w sklepie dla plastyków Uematsu. Przy okazji obejrzeliśmy wciąż rozbudowującą się stację kolejową i jej połączenia z sąsiadującymi budynkami, w tym z wieżowcem Hikarie.

Wspominamy o tym w miarę regularnie jak mi się wydaje ale to zawsze będzie dla nas źródłem zachwytu: umiejętność organizowania przestrzeni miejskiej jaką wykazują Japończycy a jaką chętnie widzielibyśmy też w domu. Bo ok, Tokio jest ogromne i skala jest po prostu o rząd wielkości większa więc i pieniędzy na wszystko jest więcej, i ludzi do obsłużenia więcej, i rozwiązania potrzebne są też bardziej skomplikowane – wszystko razy 10 mniej więcej. Ale… Budowanie stacji kolejowych czy metra w centrum miasta w taki sposób, aby były płynnie połączone z istniejącą już infrastrukturą przejść podziemnych, galerii i centrów handlowych, biurowców i przystankami/stacjami innych środków komunikacji to coś, co można zrobić i przy naszej mniejszej skali. Dzięki temu przepływ ludzi pomiędzy poszczególnymi środkami komunikacji jest płynny, a jednocześnie kwitnie business bo te wszystkie ciągi komunikacyjne są świetnym miejscem na bary, sklepy itp. A do tego “klient”, czyli na przykład ja, nie zmoknie przy okazji przesiadki bo cały czas przebywa pod dachem. Czy to na prawdę było nieosiągalne aby chociażby stacja Metra Centrum w Warszawie była połączona z jednej strony z Domami Centrum, z drugiej z galerią handlową w przejściu podziemnym pod rondem Dmowskiego, a z trzeciej ze stacją Warszawa Śródmieście (i dalej z Warszawą Centralną, bo takie połączenie pomiędzy podmiejską i “dalekobieżną” stacją jest od dawna)? Zamiast tego mamy “Patelnię” i schody wszędzie… No ale uciekam w dygresję a miało być o Shibuya. Rozbudowa trwa już chyba trzeci rok, zapewne kończyć będą na igrzyska olimpijskie, ale też z roku na rok widzimy więcej tego co powstaje i robi to na prawdę świetne wrażenie. I nie da się tego za bardzo pokazać na zdjęciach, szczególnie że wpadliśmy tam dosłownie na moment i zaraz polecieliśmy dalej w kierunku granic Tokio właściwego. Musicie uwierzyć na słowo albo pooglądać całość na Google StreetView ;-). Warto zwrócić uwagę, że jeśli “zrzucimy ludzika” w GSV na stację Shibuya to Google pokaże nam dane miejsce a z boku najczęściej wyświetli dodatkowe menu z poziomami do wyboru – zwykle jest ich kilka. Stacja Shibuya jest małym miastem w mieście.

Z Shibuya nostalgicznie nam się kojarzącą linią Tokyu Den-entoshi pomknęliśmy na jeszcze bardziej nostalgiczną dla nas stację Futako-Tamagawa. Z Niko-Tama (jak ponoć zwą ją miejscowi) znajomi zabrali nas na przejażdżkę samochodem.

Najpierw wypiliśmy kawę na Umihotaru – sześciopiętrowym przystanku drogowym, wybudowanym na zatoce Tokijskiej między Tokio a Chibą na Tokyo Wan Aqua Line Expressway. Tego typu 道の駅 czyli przystanki przy drodze (dosłownie: “stacja drogowa”) są bardzo popularne, znajdziemy na nich parking, łazienki, a także kawiarnie i restauracje, sklepy z pamiątkami, usługi, często są to wielopiętrowe budynki. Umihotaru jest pod tym względem wyjątkowe, bo jest zewsząd otoczone morzem! *^v^*

O tak, jest dosyć wyjątkowe… Po pierwsze sama trasa ekspresowa (Tokyo Wan Aqua Line) robi spore wrażenie, bo przerzuca ruch samochodowy przez wcale niewąską zatokę Tokijską pomiędzy Kawasaki a Chibą. Składa się z 9.5km tunelu pod dnem zatoki od strony Kawasaki, który następnie przechodzi w 4.4km mostu. A Umihotaru znajduje się właśnie tam, gdzie ten tunel i most się spotykają – niemal na środku (no, w 2/3 albo 1/3, zależy skąd się patrzy) zatoki Tokijskiej. Zbudowano tam 650-cio metrową sztuczną wyspę a na niej trzy poziomy parkingów samochodowych przykrytych kolejnymi trzema poziomami kawiarni, sklepów i co tam jeszcze. Całość urządzona jest trochę tak, że przypomina gigantyczny statek. I w sumie to wygląda trochę tak, jakby Umihotaru zbudowano po prostu dlatego, że można to było zrobić. No bo umówmy się: tunel pod zatoką może i jest 4-tym co do długości podmorskim tunelem na świecie ale cała trasa w sumie ma 15.1km więc jakoś specjalnie wielkiego parkingu pełnego restauracji dla zmęczonych podróżnych w 2/3-1/3 swej długości nie potrzebuje. Umihotaru jest więc po prostu pięknym wykorzystaniem inżynierii do stworzenia atrakcji turystycznej. Bo sama wyspa oczywiście potrzebna w tej inwestycji zapewne była (gdzieś też muszą stacjonować służby ratownicze, serwisowe itp.).

Widzieliśmy dotąd Umihotaru tylko z bardzo daleka albo na Google Maps. Kilkakrotnie też pojawiały się tu fotografie dziwnego, żaglopodobnego obiektu wystającego z morza (na środku części trasy biegnącej w tunelu), który jest wentylatornią dla Aqua Line (Wieża wiatru – Kaze no tou) o wysokości, bagatela, 96m. Zawsze byłem ciekaw Umihotaru. Można tam pojechać autobusem i w końcu pewnie byśmy to zrobili. Ale samochodem fajniej, i dzięki Eri i Yujiemu mogliśmy zaliczyć wreszcie tę atrakcję do odwiedzonych.

Potem pojechaliśmy zobaczyć 56-metrową statuę boga Kannon. Nie zdecydowaliśmy się wspinać po schodach na szczyt figury (no dobrze, ja głośno protestowałam!… nie chciało mi się włazić. *^w^*), ale widok z zewnątrz też robi wrażenie! Pani w kasie biletowej bardzo się dziwiła, że przyjechali jacyś obcokrajowcy, bo to niby taka atrakcja dla local people. W sumie nic dziwnego, tam nie da się dojechać inaczej niż samochodem, a zagraniczni turyści rzadko podróżują autami. Od najbliższej stacji kolejowej trzeba by iść kawał drogi na piechotę!

I nie dość, że w ogóle przyjechali to jeszcze nie chce im się na górę włazić. To po co przyjechali? [Jonka: Eri wytłumaczyła, że nie mamy czasu…. *^W^*] W sumie to się zdziwieniu nie dziwię, bo tam faktycznie jest statua i… tyle :-). Ale statua robi wrażenie. Do tej pory oglądaliśmy ją kilka razy ale z bardzo daleka. Czasem z za góry wystawała tylko głowa Kannon – widziana w tej formie wygląda z daleka nader osobliwie…

Potem podjechaliśmy do małej świątyni Kofuneasama (古船浅間神社), gdzie można zaczerpnąć świętej wody o super właściwościach. Eri nabrała kilka butelek wody i nawet nam się dostał zapas do zabrania do hotelu! *^v^*

Tylko my wciąż nie wiemy jakie to są właściwości! Można, owszem, doczytać w Internecie że woda ma właśnie takie specjalne właściwości, tylko nikt nie pisze jakie! Jakaś tajemnicza ta woda. Ale przebadana jako zdatna do picia – o tych jej właściwościach akurat informacje w Internecie są. Smaczna w ogóle, mineralna wyraźnie. A i świątynia ładna choć jak wiele odwiedzanych przez nas świątyń poza głównymi szlakami turystycznymi zamknięta na cztery spusty…

A potem już się zrobiło popołudnie i w narastającym korku zaczęliśmy powrót na Kandę, po drodze oglądając już z samochodu budowane obiekty na Igrzyska Olimpijskie 2020, w tym powstającą na Odaibie wioskę olimpijską (która po igrzyskach zostanie zamieniona w bloki mieszkalne). Nasi znajomi byli na tyle kochani, że odwieźli nas do hotelu!

Na kolację poszliśmy na Ningyocho do mojej ulubionej sushiarni, ale… była kolejka w oczekiwaniu na miejsce a byliśmy już mocno głodni, więc zmieniliśmy plany. Robert znalazł w okolicy bar z ramenem i tam się udaliśmy, do Shibaraku Ramen.

Robert nie jest taki znowu sprytny. Ma aplikację Ramen Beast, która wydaje się zawierać namiary na wszystkie interesujące knajpy z ramenem w rejonie Tokio (i trochę poza nim). Ramen bowiem to dla wielu coś więcej niż po prostu jedzenie. Istnieje najwyraźniej “scena” ramenu, na której cały czas coś się dzieje. Wyrastają nowi mistrzowie, pojawiają się nowe pomysły choć całość osadzona jest oczywiście bardzo mocno w tradycji. Aplikacja ma też listę TOP 50, z której na razie odwiedziliśmy tylko wspominane wcześniej Kikanbo na Kandzie. Shibaraku Ramen w Ramen Beast ma ocenę 3.5 na 5. No to jak to jest 3.5 to naprawdę… Wygląda na to że w ciemno można iść wszędzie gdzie aplikacja daje 3.0 i więcej. A może i w każde z miejsc które się w ogóle do niej załapało? Zresztą 3.5 to w Ramen Beast, ale knajpka na Google Maps ma już 4.0, a ocen prawie 500.

W ogóle ramen jest dla nas w tym roku swego rodzaju odkryciem. Takim ponownym odkryciem, bo przecież niby wiemy, znamy, jemy od dawna, żona sama robi w domu itp. Ale jak się okazuje tak naprawdę to niewiele dotąd spróbowaliśmy. Nadrabiamy. Ale o tym chyba spróbujemy stworzyć osobny wpis.

Podają tam tonkotsu ramen (długo powoli gotowany bulion na kościach i mięsie wieprzowym) w stylu Hakata, czyli taki jaki preferuje Robert (ja wolę miso ramen, ale i tonkotsu nie pogardzę! ^^*~~). Bardzo przyjemne miejsce, możemy polecić!

Bulion o bardzo głębokim, choć jak na tonkotsu też stosunkowo lekkim smaku. Taki “skończony” – w zasadzie nic dodać, nic ująć. Moja micha (ta większa, z wystającymi glonami) to Ooban Special (大判スペシャル) – zdecydowanie polecam (zresztą tak samo jak i aplikacja Ramen Beast).

Do hotelu wróciliśmy spacerkiem przez Ningyocho, odwiedzając księgarnię, drogerię i hurtownię spożywczą Hanamasa. W Tokio nieco się ochłodziło, dziś w dzień było zaledwie ok. 32 stopni, a wieczorem temperatura spadła do 28 stopni, w sklepach już jesienne smaki (np.: kasztany), we wrześniowych magazynach kulinarnych przepisy na jesienne potrawy i kolorowe jesienne liście na apaszkach w sklepach z pamiątkami, lada dzień przestaną działać baseny, a dzieci wrócą do szkoły i zmienią mundurki na jesienno-zimowe, mimo, iż nawet do początku października wciąż będą upalne i słoneczne dni. ^^*~~

2 thoughts on “Umihotaru i Kannon

  1. A co to za zielona bułeczka? Pyta też moje potomstwo:)))) Bardzo oryginalnie wygląda.

    • To melon pan, słodka bułka w kształcie melona o smaku zielonej herbaty, ta akurat była taka sobie, ale niektóre potrafią być super smaczne, czasami mają kremowe nadzienie, ach!…. ????

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *