Miyajima w rusztowaniach

W piątkowy poranek już było dawno po tajfunie. *^v^* Na niebie było jeszcze trochę chmurek, ale z każdą godziną coraz bardziej się rozpogadzało, więc założyliśmy okolicznościowe blogowe koszulki z Fumami (które namalowałam przed wyjazdem, modyfikując obrazek Grażyny Dłużniewskiej z książki Macieja Wojtyszko “Bromba i inni” *^-^*) i pojechaliśmy na wycieczkę na wyspę Miyajima, obejrzeć słynną wielką bramę stojącą w morzu.

Wyprawa od początku była podszyta pechem… Jeszcze przed stacją (linia JR Sanyo) kupiliśmy na szybko onigiri i kurczaka na patyku, żeby zjeść śniadanie w pociągu. Niestety! Po pierwsze, to nie był taki pociąg, w którym można było wygodnie i niekrępująco zjeść, a po drugie, od momentu kiedy pociąg ruszył, za naszym siedzeniem zaczęło płakać dziecko. Jeśli Wam się wydaje, że kiedyś już słyszeliście bardzo głośno płaczącego niemowlaka – to źle Wam się wydaje i niczego nie słyszeliście!!! Dzieciak płakał przez całe pół godziny naszej jazdy, na wysokich rejestrach, z dodatkiem chrypki, a mnie jaką osobę wyjątkowo wrażliwą na niektóre dźwięki mało szlag nie trafił… Trzeba jednak przyznać, że matka i jej koleżanka robiły co mogły, żeby dzieciaka uspokoić i nic nie działało, a one przepraszały ludzi dookoła – pociąg był pełen, bo to linia prowadząca do przystani promowej, z której odchodzą promy na wyspę Miyajima.

Wysiedliśmy w Miyajimaguchi, zjedliśmy nasze śniadanie przed stacją i poszliśmy na prom, który przewiózł nas na wyspę. Wycieczka bardzo miła trwająca ok. 20 minut, na wyspę płyną dwa promy – jeden specjalnie dłuższą trasą przepływa obok słynnej bramy w wodzie, a że jest to prom należący do linii JR, to płynie się nim w ramach biletu JR Pass. Szkoda tylko, że brama była aktualnie w remoncie, co oznaczało, że była szczelnie otulona rusztowaniami i guzik było widać… Tak w ogóle, nie chciałabym wyjść na malkontenta ale… po pierwsze, na zdjęciach promocyjnych wygląda ona na sporo większą, a po drugie, wydaje się, jakby stała daleko w otwartym morzu a tak naprawdę jest bardzo blisko lądu, co tym bardziej widać kiedy jest odpływ i stoi na piachu… >< (A po trzecie, Robert zgłosił uwagę, że miała być czerwona a jest pomarańczowa… *^W^* Nie wiem, może wyblakła od słońca?… ^^*~~)

Wysiedliśmy na pięknym nabrzeżu i przechodząc przez terminal zauważyliśmy… kartkę z informacją, że z powodu silnego wiatru kolejka linowa na górę nieczynna. Czyli nasza zaplanowana wycieczka właśnie się posypała, bo pojechaliśmy na Miyajimę żeby wjechać kolejką na górę i schodzić sobie spacerkiem w dół, po drodze odwiedzając różne miejsca historyczne i podziwiając piękne okoliczności przyrody… Moglibyśmy wprawdzie wejść na górę na nogach i potem zejść, ale przy 35 stopniach i prażącym słońcu nie był to dobry pomysł. Lepszym było wjechać wyciągiem na szczyt i zejść sobie na spokojnie, wspinanie się od razu odrzuciliśmy z odrazą, nie przy tej pogodzie!

Ponieważ załamał się nam plan wycieczki, poszliśmy na spacer po wyspie – ultra kurort pełen turystów japońskich i zagranicznych, z milionem knajpek i sklepów z tandetnymi pamiątkami co krok! Na Miyajimie mieszkają też jelonki. Nie jest tu tak jak w Narze, gdzie można je karmić i sprzedawane są specjalne wafle dla zwierząt, wprost przeciwnie – wszędzie są informacje, żeby nie karmić jeleni, że to dzikie zwierzęta, więc żeby ich nie drażnić, unikać samców (tych z rogami) i w ogóle uważać. A ludzie co? A ludzie swoje. Matki puszczają dzieci, żeby głaskały i tuliły jelonka, a one zrobią zdjęcia… Ludzie czasami nie mają wyobraźni…

Nie no z tą tandetą to przesadzamy. Jest tam oczywiście masa takich typowo turystycznych bzdetów ale po pierwsze wiele z nich jest bardzo ładnych i na prawdę dobrej jakości, a po drugie jest w tych sklepikach też sporo produktów rękodzieła od których nie ciągnie przysłowiową “cepelią”. Natomiast rzeczywiście o ile w Narze czy na Enoshimie (gdzie przecież każdy towar trzeba wnieść niemal na plecach) ceny wydawały nam się zaskakująco podobne, jeśli nie takie same co w sklepach w Tokio czy gdzie indziej, tak na Miyajimie faktycznie odnieśliśmy wrażenie, że jednak tu są ceny “turystyczne”. Stąd chyba między innymi nasze lekkie uprzedzenie do tego skądinąnd naprawdę uroczego miejsca.

A co do jelonków jeszcze to i chyba karmione są pokątnie dość często, bo łażą za człowiekiem jak psiak jeśli tylko wydaje im się, że człowiek niesie jakieś jedzenie. No, wrodzone to to nie jest na pewno

Tu chyba dobrze karmią, bo kolejka do lokalu!… *^W^*

Na początek dla ochłody kupiliśmy sobie lody – ja kakigoori (kruszony lód) z zieloną herbatą i mlekiem skondensowanym a Robert waniliowego w rożku. Potem weszliśmy na piwo do browaru Miyajima – moje piwo było jeszcze poprawne, ale Roberta Red Ale strasznie przechmielony!

Wygląda na to, że “crafty” wszędzie są równie “craftowe” co u nas. No co ja poradzę, prosty chłopak jestem i lubię piwa dobrze uwarzone a nie wynalazki. Takie gdzie piwowar pamiętał, że piwo robi się ze słodu przede wszystkim a nie z chmielu jak się popularnie uważa. Małe browary, lokalne receptury – to wszystko lubię. Na wynalazki jestem otwarty, ale jak dotąd zwykle są rozczarowaniem… Ale przepraszam, bo dywaguję, a my nie o tym.

Ponieważ odpadła nam wycieczka na szczyt góry, postanowiliśmy iść do akwarium. Spacerkiem wzdłuż innych atrakcji przeszliśmy na drugi koniec wyspy do budynku akwarium a tam okazało się, że ta nieduża ekspozycja kosztuje 1400 jenów za wstęp…. Dla porównania, ogromne kilkupiętrowe akwarium w Osace kosztuje 2000 jenów, a niewiele mniejsze w Kasai Rinkai w Tokio – 700 jenów! Tak więc, kurortowy rozbój w biały dzień, czego nienawidzę, ale co w sumie na tle cen jedzenia i tandetnych pamiątek, i w ogóle tego superturystycznego miejsca nie było zaskoczeniem. Nie bez powodu na sześć wyjazdów do Japonii pod Kaminarimon na Asakusie byłam tylko raz w 2011 i więcej nie zamierzam.

Sakana-kun! To słynna postać z japońskiej telewizji, bynajmniej nie z programów dla dzieci… *^w^* Musiałam wrzucić 200 jenów i wyciągnąć przywieszkę z rybką, z sentymentu… ^^*~~

Każdemu jego “turystyczna tandeta” ;-). Ale cóż, Sakana-kun to postać obok której obojętnie żadne z nas nie przejdzie!

Spróbowaliśmy jeszcze bułeczki ze słynnymi ostrygami z Hiroszimy w sosie curry, bardzo smaczne!

Jak na razie są to pierwsze ostrygi które nam tak zupełnie smakowały! Ciekawe, bo spodziewałem się że pod tym ostrawym curry znikną całkiem, a tu i smak był subtelny ale bogaty, i tekstura znakomita. Trzeba dać ostrygom kolejne szansy chyba.

Zdecydowaliśmy, że koniec tego “turystowania”, wracamy do Hiroszimy! Wsiedliśmy na prom, a potem w tym razem prawie pusty pociąg (było ok. 15:00, więc ludzie wciąż raczej jechali na wyspę niż ją opuszczali), i niedługo znaleźliśmy się znowu w centrum miasta. Na stacji Robert zjadł gofra z kremem brzoskwiniowym i dżemem truskawkowym, super smacznego!

Resztę popołudnia spędziliśmy odwiedzając wielki Book Off Bazaar, gdzie Robert stał przy półkach z figurkami z anime i płakał, że mają tak niskie ceny a my tylko po dwie walizki… *^W^*

To że po dwie to jest nic, bo spokojnie jedną załadowałbym figurkami… Ale na te 9 dni mamy ze sobą tylko plecaki, a to dlatego że przemieszczamy się pomiędzy kilkoma hotelami a po drodze z tym wszystkim jeszcze mamy dodatkowe przystanki wycieczkowe. I nijak z Hiroszimy nie dałbym rady ciągnąć kilkunastu (tak, kilkunastu bo tyle bym kupił przy dostępnym asortymencie i cenach) figurek przez Kobe do Osaki i dalej. Musiałem dokonać bolesnych samoograniczeń. Kilka figurek trafiało do koszyka i z niego wylatywało… No serce boli. To co w Tokio na Akibie kosztowałoby po kilka tysięcy jenów tu było często po kilkaset! Ostatecznie kolekcja powiększyła się tylko o trzy – Mio, Yui i Tsumugi z K-on:

Na kolację wybraliśmy miejsce o nazwie Onokomimura czyli Wioska z Okonomiyakami. Nie wiedzieliśmy tylko jednej rzeczy…

W ogóle z tym staniem w kolejce do knajpy to tu jest norma. W Europie nie spotkałam kolejek przed barem, jak nie ma miejsc to nie ma i się idzie gdzieś indziej. W Japonii często są nawet krzesła przed lokalem, żeby sobie usiąść i poczekać, aż zwolni się stolik.

Że nie jest to jedna knajpa, tylko trzy piętra pełne różnych barów okonomi do wyboru do koloru! *^O^* Zwiedziliśmy wszystkie piętra i dopiero na trzecim znalazły się dwa wolne siedzenia w barze ええがい (a do niektórych miejsc stały kolejki oczekujących!). Zamówiłam okonomiyaki z moim ukochanym natto (fermentowaną soją), a Robert z podwójną wieprzowiną. ^^*~~

I już się nie dowiemy czy ten bar to był gorszy, lepszy czy średni w tym miejscu bo w sumie znaleźliśmy go losowo i nie było szans porównać. A i Google w tym miejscu nie pomoże za bardzo bo wspomniany już brak dostatecznej rozdzielczości powoduje, że Okonomimura ma wspólną, wysoką recenzję. Może i dałoby się wyłuskać gdzieś na Google Maps poszczególne z obecnych tam barów ale obawiam się, że nawet jak one tam są osobno to zadanie jest a-wykonalne. W każdym razie ważne, że nam smakowało. Zresztą obserwując “dynamikę” miejsca szybko zauważyliśmy, że ta konkretna knajpka ma swoją grupę stałych klientów, i to miejscowych emerytów. A sama obsługa stosunkowo młoda. Czyli chyba dobrze dają jeść skoro lokalesi przychodzą.

Następnego dnia rano opuszczaliśmy już Hiroszimę, więc pozostało nam wrócić do hotelu i wyspać się przed podróżą do kolejnego miejsca! *^0^*

Park Hijiyama w tajfunie

Pierwszy poranek w Hiroszimie po nadejściu tajfunu miał być straszny a był owszem, zachmurzony, ale bezdeszczowy. Korzystając z tego, że jeszcze nie leje jak z cebra wyszliśmy po śniadanie do lokalnego konbini ポプラ i zjedliśmy je sobie na spokojnie nad rzeką. *^v^* Po drodze odwiedziliśmy świątynkę wciśniętą między budynki mieszkalne, częsty widok w Japonii.

Miasto wyglądało na wymarłe, sklepy i bary pozamykane, ulice puste, nawet turystów za bardzo nie było widać (pewnie wszyscy byli pod Atomic Bomb Dome, gdzie my byliśmy w zeszłym roku, więc teraz się nie wybieraliśmy). Trzeci dzień Święta Zmarłych opustoszył Hiroszimę!

Po śniadaniu poszliśmy tam, gdzie mieliśmy zaplanowane iść poprzedniego dnia po przyjeździe (ale padało), czyli do parku Hijiyama. Jak nazwa wskazuje, park ten znajduje się na czubku góry.

W zeszłym roku stanęliśmy tam już z bagażami po wymeldowaniu z hotelu i w drodze na stację. Mieliśmy za sporo dni zwiedzania, a przed sobą jeszcze Osakę. Spojrzeliśmy w górę i… stanęło na tym , że może następnym razem. No to teraz wypadało dotrzymać obietnicy danej górze.

Ruszyliśmy stromym podejściem w górę drogą, która dzieli park na dwie części – po lewej mieliśmy m.in. Muzeum Sztuki Nowoczesnej, most Ungei a obok niego Skywalk prowadzący na drugą stronę parku. Gdy stanęliśmy u podnóża schodów prowadzących do Muzeum i innych atrakcji obok niego, zaczęło kropić. Rozłożyliśmy więc parasole i wspięliśmy się po schodach. Na górze spotkaliśmy dwa dość rozgadane koty, biały miauczał straszliwie jakby na znak protestu, bo deszcz zaczął się wzmagać…

Prognoza pogody pokazała, że będzie padać mocniej przez około 30 minut, a potem się przejaśni, więc wpadłam na pomysł, żeby przeczekać w muzealnej kawiarni, do której mieliśmy jakieś 20 metrów. Ruszyliśmy tam kurcgalopkiem, bo deszcz rzeczywiście robił się coraz mocniejszy, a kiedy stanęliśmy przed wejściem do muzeum, powitał nas taki obrazek…

Oczywiście, Obon… Muzeum zamknięte! I co zrobisz, jak nic nie zrobisz… Schowaliśmy się głębiej pod parasolami i ruszyliśmy w kierunku wyjścia z parku przez Skywalk, bo już lało tak, że nie było sensu dalej spacerować po mokrych alejkach. Na szczęście obydwoje mieliśmy dobre buty (ja Merelle do wody, Robert – japonki Sketchers), a temperatura utrzymywała się na poziomie 30 stopni, więc tak czy siak było nam mokro ale przynajmniej ciepło. Skywalk okazał się przyjemną niespodzianką – zejściem przykrytym na całej długości dachem, zaczynającym się wysokimi ruchomymi schodami a dalej prowadziły chodniki ruchome i nieruchome, które doprowadziły nas… do wejścia do centrum handlowego! *^V^* (oraz oczywiście na ulicę, ale tam na razie nie schodziliśmy).

Przeczekaliśmy najgorszy atak deszczu łażąc po sklepie z mydłem-powidłem i zachciało nam się coś przekąsić. Na piętrze z jedzeniem zauważyłam Gindaco czyli bar sieciówkowy ze smażonymi kulkami ciasta z ośmiornicą w środku – takoyaki, ale… zamiast tego weszliśmy do Tully’s! I zamówiliśmy… hotdogi!!!…. >0<

Nie wiem, co nas podkusiło, ale nie róbcie tego błędu!!! Były takie sobie. Nie, mój oceniam na taki sobie, Roberta był paskudny! Za tę chwilową utratę zdrowego rozsądku winię tajfun, nie jesteśmy przyzwyczajeni i zgłupieliśmy po prostu… Za to matcha shake i herbata były całkiem przyzwoite! *^v^*

Bo Tully’s, odkrycie tego roku przypadkowe zgoła, bo przy okazji anime pilgrimage kilka dni temu, jest generalnie świetną kawiarnią. No, teraz wiemy że świetną jeśli chodzi o napoje. Ale z drugiej strony jak się zamawia hot-doga w kawiarni to się jest samemu sobie winnym…

W nocy chyba wiało… *^w^*

Prognoza pogody pokazała, że mamy 20 minut na dotarcie z powrotem do hotelu, bo potem jak lunie!….. 20 metrów od hotelu mamy konbini Family Mart i już do niego wchodziliśmy pod parasolami, a po zakupach szuraliśmy do hotelu przez kałuże w strugach deszczu! Resztę popołudnia spędziliśmy w pokoju hotelowym, obserwując w telewizji informacje o tajfunie (lecą od rana non stop na głównym kanale telewizji publicznej NHK G) i wyglądając przez okno, za którym było widać coraz mniej najwyższych budynków, bo kryły się w chmurach i strugach deszczu. Acha, ale niech Was nie zwiedzie ta ściana deszczu! To, że padało albo potem nawet lało jak z cebra bynajmniej nie oznaczało, że zrobiło się chłodniej! Wciąż utrzymywała się temperatura dobrze ponad 30 stopni…

Ok. 21:00 wyszliśmy na miasto w poszukiwaniu kolacji i okazało się, że prawie wszystko jest pozamykane na głucho…

Pokrążyliśmy chwilę wokół stacji kolejowej i kiedy już prawie straciliśmy nadzieję i podjęliśmy decyzję, że idziemy po onigiri do konbini, Robert zauważył izakayę na piątym piętrze jednego z biurowców. To znaczy, na poziomie ulicy zauważył zdjęcia potraw i informację o knajpie, i postanowiliśmy sprawdzić, czy może przypadkiem jest otwarta. I była! *^V^*

Kolację zjedliśmy w Yamauchi Nojo, typowej izakayi. Drinki, wołowina z grilla węglowego (bardzo dobra), omlet z ośmiornicą jedzony z dodatkiem bulionu (pyszny!), lekko marynowane dymki z płatkami chilli i surowym żółtkiem (genialne!), frytki (najsłabsza część kolacji, ziemniaki z zewnątrz chrupiące ale wewnątrz miazga ziemniaczana). Wolno palić przy stolikach (bardzo dobra wentylacja!). Dziwnie się siedziało w prawie pustej knajpie, lokal na całe wielkie piętro biurowca, w normalny wieczór nie wiem, czy znaleźlibyśmy miejsce, stoliki byłyby zapełnione, wrzałoby głosami gości, kelnerki latałyby z zamówieniami jak szalone… A dzisiaj, w ostatni dzień Święta Zmarłych – może ze trzy stoły były zajęte.

W każdym razie, wyszliśmy najedzeni i zadowoleni, gotowi do odpoczynku przed następnym dniem, w którym mieliśmy spróbować zrobić sobie wycieczkę, którą ze względu na tajfun musieliśmy odwołać w dniu dzisiejszym.

Shinkansenem do Hiroszimy

Co ja tu będę dużo pisać o shinkansenach… Pozazdrościć!!!

W sumie z wielu powodów. Bardzo szybkie, czyste i pachnące, wygodne, ruszają i dojeżdżają do miejsca przeznaczenia o czasie. Czego chcieć więcej od pociągu?

4h43min później jesteśmy 821km dalej. No, ale mieliśmy 20-to minutową przesiadkę w Shin-Osaka ze względu na dostępność miejsc w pociągach. Normalnie to by było 3-4 minuty max ;-). Albo w ogóle bez przesiadki ale JR Pass nie daje prawa do jechania shinkansenem Nozomi.

Mieliśmy dużo szczęścia, że na przejazd do Hiroszimy wybraliśmy 14-go sierpnia. Zapowiadany i śledzony na mapie od kilku dni super tajfun miał spotkać się z lądem następnego dnia od południowego zachodu i już w środę na stacji czytaliśmy zapowiedzi odwołanych pociągów na czwartek. Na stacji w Hiroszimie zobaczyliśmy dłuuuugaśne kolejki do kas, bo ludzie próbowali zmienić bilety na shinkansen na jakieś inne i dojechać tam, gdzie chcieli. W tv pokazywali wypowiedzi podróżnych, którzy mówili, że nie jeżdżą pociągi ani autobusy i muszą zostać tam gdzie są na noc w hotelu i próbować złapać jakiś transport następnego dnia… To miał być nasz pierwszy w życiu tajfun i zupełnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Próbowaliśmy nawet zmienić kierunek podróży i zamiast do Hiroszimy pojechać gdzieś na północ od Tokio, ale było za późno na bezpłatne odwołanie rezerwacji hotelowej.

W środę dojechaliśmy do Hiroszimy przed 14:00 i od razu w drodze do hotelu musieliśmy rozłożyć parasolki (Robert musiał nawet takową kupić! ^^). Na szczęście nasz hotel The Royal Park Riverside był blisko, więc znaleźliśmy się tam w oka mgnieniu. Pokój dużo wygodniejszy niż w Tokio!

No bo to Hiroshima! Trochę prowincja, żeby to delikatnie ująć. Ceny hoteli tu są znacznie przyjaźniejsze niż w Tokio, a raczej za podobną cenę można po prostu dostać dużo większy pokój. Dużo większy to znaczy mniej więcej jak 2/3 normalnego europejskiego, ale w porównaniu do Tokio to jest duży, wygodny pokój! Do łóżka można podejść z dwóch stron! I jest okno z widokiem. A w łazience nie da się opierać rękami o przeciwległe ściany jednocześnie. Oraz ma łazienka okienko do pokoju ;-).

Obowiązkowe zdjęcie pod fontanną przed stacją.

I a propos tej fontanny to jest jakaś tajemnicza sprawa w ogóle. Bo ona się nazywa 翔く未来に向けて (kakumirainimukete – Zwróćmy się w kierunku przyszłości), ale konia zrzędę* temu, kto znajdzie informację na temat tego kto i kiedy ją zaprojektował/wykonał i co mu przyświecało w ramach idei. Nawet japońska Wikipedia milczy w tej sprawie, a na Google Maps jej w zasadzie nie ma zaznaczonej jako obiekt. Jest jak się Google Maps ustawi na japoński, ale po angielsku niet, nie suszczestwujet, to jest nie-fontanna… Jedyne czego dowiedzieliśmy się z internetów japońskich to to, że miejscowi mówią na nią お尻 (oshiri, znaczy dupa, no może bardziej tyłek). Cóż, nie bez powodu. Cud, że ktoś w ogóle w Internetach wie jak się ona naprawdę nazywa…

* – copyrights tego powiedzenia należą do Tibi – pozdrawiamy!

Odpoczęliśmy trochę i wieczorem wyruszyliśmy na poszukiwanie słynnych hiroszimskich okonomiyaki! Danie to różni się od wersji z Osaki – w Osace wszystkie składniki miesza się z ciastem natomiast w Hiroszimie osobno po kolei smaży się składniki warstwami i układa na sobie, zaczynając od makaronu (soba albo udon). Nie chcieliśmy iść tak po prostu do baru, który znamy z poprzedniej wizyty w Hiroszimie, więc na google maps wyszukaliśmy inne miejsce z wysoką oceną. Niestety, nie udało nam się tego baru znaleźć… Google maps czasami pokazuje miejsca, których (już) nie ma, czasami nie pokazuje tych istniejących… W tej sytuacji przenieśliśmy się na stację kolejową do baru Negian.

Po pierwsze: hiroshima style okonomiyaki różnią się też tym, że mają makaron w sobie w ogóle. Kansai style nie mają, a w Hiroshimie daje się sobę albo udon.

Po drugie: pierwsza knajpa to nawet była, ale zamknięta na Obon. Druga nie istniała w miejscu wskazywanym przez Google ale to jest tutaj norma: Google po prostu ma za małą rozdzielczość i za słabe możliwości wprowadzania korekt. Sprawy nie ułatwia fakt, że w “kwartale” uliczek w którym szukaliśmy tych knajp jest tak na oko (licząc po Google Maps) ~95 budynków ułożonych na powierzchni ~2500m2 (jakieś 40x60m). Praktycznie w każdym z owych budynków jest knajpa, w wypadku wielu więcej niż jedna bo są jeszcze piętra. A w Japonii knajpa o powierzchni użytkowej 10m2 (2x5m na przykład) nikogo nie zaskakuje… Często jest tak, że jesteśmy w danym miejscu, sprawdzamy na mapie i okazuje się, że przy maksymalnym powiększeniu danej knajpy tam nie ma. No to chcemy dodać, bo fajna – wpisujemy nazwę i dopiero wtedy okazuje się, że oczywiście tam jest tylko Google uznał, że tej akurat nie pokaże…

Chita Highball – znakomity!

Kiedy już zaspokoiliśmy głód, wróciliśmy w uliczkę mini-knajpek i barów, do Cafe Bar 196, gdyż wcześniej zauważyliśmy, że można tam dostać kraftowe piwa, whisky i giny! Malutki lokal na chyba 10 osób, gęsto zastawiony butelkami z alkoholem. Przemiły właściciel za barem (władający tylko japońskim), który poproszony o zarekomendowanie japońskiego ginu zaserwował nam cztery przepyszne propozycje, z których dwie butelki chętnie zabrałabym ze sobą do domu i zamierzam ich poszukać w sklepach!

Wszystkie były super! A właściciel zapytany o rekomendację najpierw ustalił czy z tonikiem czy bez, a jak usłyszał że bez to się zastanawiał kilka minut i w końcu nam zaserwował dwa pierwsze. Ten dla mojej małżonki bardziej pasował mi i na odwrót ale poza tym oba bomba. No to poprosiliśmy o jeszcze raz i żeby były podobne. I bałem się, że nam się pan zaciął, bo myślał i myślał, i wybierał i odstawiał, i sykał (jak każdy skonfundowany Japończyk) aż w końcu wybrał i… no jak wybrał! Oczywiście przeprosił, że nie do końca podobne ale wybrał faktycznie znakomicie!

O to te właśnie najlepsze! Awa jest wręcz lukrecjowa, ale w sposób jaki gościowi nie lubiącemu lukrecji (znaczy mi) mimo wszystko genialnie podszedł. I tego będziemy szukać na pewno.

Nastawiliśmy się na to, że czwartek spędzimy w hotelu obserwując, jak wieje i pada…