
W piątkowy ranek pozostało nam już tylko zjeść śniadanie i wyruszyć w drogę powrotną do Tokio.



Podsumowując nasz pobyt w hotelu Ocean View Hiromi – były plusy dodatnie i ujemne. *^V^* Na pewno ogromnym plusem jest wanna z wodą z gorących źródeł na balkonie, ale takich pokoi z wanną hotel ma tylko cztery, pozostali goście mogą korzystać ze wspólnych onsenów a te są bardzo takie sobie. Obsługa jest przemiła i bardzo się starają, ale fajnie by było zatrudniać Japończyków albo osoby, które mówią po japońsku albo angielsku w stopniu zrozumiałym, i mówię tu o wymowie… (Kiedy słyszysz ciąg słów, które nie przypominają NICZEGO w ŻADNYM znanym ci języku, to zaczyna być problem, dzięki Bogom Technologii za Google translatora, którego w końcu pani użyła. Okazało się, że pytała nas o numer pokoju, ale w taki sposób, że nie skojarzyliśmy wydawanych przez nią dźwięków z żadnym znanym nam słowem w jakimkolwiek języku… ). Hotel oferuje yukaty i haori do pobrania z regału przy recepcji, fajnie by było gdyby ktoś dbał o uzupełnianie ich gdy goście pobiorą większość egzemplarzy. (kiedy braliśmy yukaty haori na półkach nie było, poprosiliśmy o nie i pani przyniosła dwa z zaplecza ale nie uzupełniła regału, skarpet onsenowych nie było wcale). O jedzeniu już pisałam wcześniej, dodamy jeszcze tylko, że jeśli wydaje się posiłki w formie bufetu to należy się spodziewać, że wszyscy goście przyjdą na śniadanie w tym samym momencie i trzeba ich gdzieś posadzić. Bo jak nie ma wystarczającej ilości stolików to potem trzeba przepraszać grupę gości tupiących ze zniecierpliwieniem w wejściu do jadalni, którzy już zeszli na posiłek więc nie będą teraz wracać do pokojów i tam czekać nie wiadomo ile…
Ale widok z balkonu na wschód słońca nad oceanem i tak bezcenny!


Na stację zostaliśmy odwiezieni hotelowym busem, tam odwiedziliśmy sklep z pamiątkami i zrobiliśmy małe zakupy, i resztę czasu spędziliśmy w poczekalni, gdzie próbowaliśmy lokalnej specjalności – mrożonych mandarynek!… Obrane ze skórki mandarynki są zamrożone na kość i przed spożyciem należy je zostawić w temperaturze pokojowej na 30 minut do godziny wedle gustu. Smakują jak mandarynkowy sorbet, chociaż nam się trafiły egzemplarze kwaskowe, słodsze byłyby super!



Mandarynki rosły tu co krok wzdłuż trasy pociągu.
Po trzech godzinach podróży pociągiem wysiedliśmy w Tokio i za moment byliśmy już w naszym ostatnim hotelu – Edoya w dzielnicy Yushima.











Trafiłam na ten hotel przypadkiem i od razu nam się spodobał, chociaż nie jest typowym hotelem “miejskim”, a raczej tradycyjnym ryokanem. Jego historia sięga 1967 roku, kiedy dziadek obecnego właściciela pana Tomury otworzył hotel w stylu zachodnim, jednak gdy w okolicy pojawiało się coraz więcej hoteli 20 lat temu Edoya postanowiła się wyróżnić i przeszła transformację, 45 z 49 pokoi zostało przebudowanych na styl japoński – tatami na podłodze, tradycyjne niskie meble, spanie na futonie. Dodatkowo w Edoyi mamy 大浴場 czyli łaźnię publiczną i saunę, pokój z profesjonalnymi stołami do mahjonga oraz restaurację, w której w cenie pokoju serwowane jest śniadanie w formie bufetu.
O ile pokoje są duże i wygodne i faktycznie bardzo japońskie to jednak noszą na sobie ślady tych 20-tu lat od przebudowy. W jakimś sensie dodaje im to sznytu ryokanowego bo te ryokany z tradycyjnymi pokojami które dotąd odwiedzaliśmy, takie bardziej budżetowe, faktycznie też na ogół właśnie mają takie nieco zużyte elementy drewniane, starą armaturę łazienkową itp. No jest to swego rodzaju “Showa Monogatari“. Do tego klasyczne japońskie aluminiowe i jednoszybowe okna w zimie powodują, że pokój ciepły nie jest… No ale można się dogrzewać wielkim klimatyzatorem, co też robimy. Ale najważniejsze jest sento, które jest odnowione, przyjemne, nieźle wyposażone, w tym w coraz modniejszą ponoć w Tokyo atrakcję: saunę. Tym razem porządną. No i jest nawet… rotenburo! Malutkie, otoczone tylnymi ścianami okolicznych budynków, ale niebo zeń widać i to jest atrakcja jakiej się nie spodziewałem! Łaźnie są na najwyższym piętrze i tam też jest bardzo fajny taras dla gości.
Na kolację poszliśmy na ramen do baru Hyakunen Honpo (miało być coś innego ale tamten bar zrobił sobie wolne 2 stycznia więc musieliśmy poszukać czegoś innego). Ramen był bardzo dobry a pierożki wręcz boskie!!!

Natomiast po kolacji na ulicy powitał nas… śnieg!…
Kupiliśmy taiyaki i jedliśmy pod parasolem obserwując prawdziwą zimę w Tokio!… Następnego dnia po śniegu pozostało trochę szronu na trawnikach i gdzieniegdzie zaśnieżone samochody.
Ale fajna niespodzianka, nowe Fumy. A jak długo będziecie w Japonii?
Bardzo nam miło!
Wracamy 12-go stycznia, więc jeszcze tydzień.
Już mam mandarynkę na próbę w zamrażalniku. W tym tokijskim hotelu bardzo konsekwentna kolorystyka i fascynująco nieeuropejskie wnętrze. Ciekawe, co będzie dalej…
Też zamierzam w domu sprawdzić jak z tą mandarynką! Natomiast wczoraj na śniadaniu w hotelu w ramach deseru było pokrojone mango, które było wcześniej zamrożone i zaczynało się już rozmrażać, było pyszne, słodkie i bardzo zimne, muszę je spróbować z jogurtem! ^^*~~
Takie tradycyjne japońskie wnętrze i wyposażenie może się wydać niewygodne dla nas przyzwyczajonych do spania na łóżku i siedzenia na krzesłach z nogami, ale z czasem okazuje się, że można tak żyć, a siedzenie na podłodze jest podobno bardzo zdrowe dla miednicy i kręgosłupa.