Ueno

Trzeci tydzień wakacji to jest ten moment, kiedy zaczynamy się lekko nudzić kulinarnie i wymyślamy fikuśności. Tym razem Robert wziął gotowaną kukurydzę z Hokkaido, którą mu na miejscu w konbini podgrzali. Nie miała jakiegoś specjalnego smaku, nasze ugotowane w domu lepsze, jak ocenił mąż. *^o^*

W czwartek wybraliśmy się na Ueno, ponieważ ja miałam tam interes w Mode Off (ciuchland) a Robert w Hard Off (używany sprzęt, m.in. fotograficzny). Wyszliśmy ze stacji na stronę Mostu Pandy, przy którym oczywiście były wielkie pandy… ^^*~~

“Oczywiście” w tym sensie że zoo na Ueno jest niezwykle dumne z pand które tam sobie mieszkają i wygląda na to, że owe pandy stały się w ciągu ostatnich kilku lat najważniejszym elementem turystycznego image Ueno. Nie byliśmy nigdy w Ueno Zoo, może kiedyś wpadniemy to i zobaczymy owe pandy ale na razie wierzymy na słowo.

Najpierw musieliśmy przejść przez cała Ameyokocho, ulicę handlową z pamiątkami, ciuchami, jedzeniem, mydłem i powidłem. Na końcu jednej z jej odnóg znajdują się Hard Off i Mode Off.

Ameyokocho to swego rodzaju trasa obowiązkowa, a także ulica w pewnym sensie definiująca Ueno. Byliśmy tu już wielokrotnie, z każdą wizytą przynajmniej raz, ale i tak warto było bo klimat tego miejsca może nie tyle jest niepowtarzalny co, przynajmniej dla nas, nostalgiczny. Milion turystów, sklepy ze wszystkim (i co ciekawe jak na Japonię często podrabianym), nawet budki z kebabem są! Widok w Tokio co najmniej nie częsty.

A gdy już zaliczyliśmy zakupy udane (odzieżowe) i mniej udane (fotograficzne), przebiliśmy się z powrotem do drugiej odnogi Ameyoko, żeby stawić czoła wyzwaniu smakowemu – zdecydowaliśmy, że gdzie jak nie tu i teraz jest czas na spróbowanie świeżych ostryg! *^V^* A za jedyne 500 jenów można na Ueno zjeść świeżo otwartą ostrygę i popić japońską wódką, co też uczyniliśmy.

No, nie wódką tylko Nihonshu (za wódkę robi tu Shochu a Nihonshu to jednak znacznie szlachetniejszy i dużo słabszy alkohol). I ta wizyta w jakimś sensie spięła klamrą nasze wyjazdy bo te ostrygi zobaczyliśmy po raz pierwszy w tym samym miejscu już w 2011. Wtedy i potem przy kolejnych trzech wizytach mówiliśmy sobie “no, może kiedyś” i zawsze jakoś tak nie wychodziło. A trzeba dodać, że w innych miejscach też jakoś nigdy nam się nie zdarzyło ostryg spróbować i to był w końcu nareszcie ten pierwszy raz! Znaczy pierwszy w takiej formie – świeże, na surowo z odrobiną cytryny i pieprzu.

Ostrygi okazały się lepsze niż się spodziewaliśmy – oczywiście były śliskie i galaretowate, ale miały zdecydowaną strukturę i po przegryzieniu morski posmak, interesujące. Zdecydowanie lepsze niż ostrygi w tempurze, które jedliśmy w barze kaitenzushi, tamte smakowały wyłącznie chrupiącą panierką i czymś ultragorącym w środku… Czy do powtórzenia? Niekoniecznie. Nihonshu były z różnych regionów i o różnym charakterze – od mocno wytrawnych przez średnie do słodkich, ten alkohol zawsze ma dla nas intrygujący aromat i smak.

To też w sumie była część która nas do tej próby przekonała: ze smakiem Nihonshu trudno konkurować więc niezależnie jak by te ostrygi nie smakowały wiadomo było, że jakby co popchniemy alkoholem i smak zabijemy ;-). Z mojego punktu widzenia ostryga okazała się pewnym rozczarowaniem. Spodziewałem się albo czegoś znacznie bardziej paskudnego albo czegoś znacznie bardziej interesującego a dostałem ani to, ani to. Ponoć ostrygi mają tę zaletę, że równie dobrze smakują w obie strony i to chyba jedyne co mi po spróbowaniu przychodzi do głowy… *^W^*~~~ No nic, trzeba może popróbować więcej bo po jednym razie uprzedzać się nie wypada. Na szczęście świeże ostrygi widziałem też już w Warszawie i wcale nie za bajońskie kwoty (w zasadzie taniej niż na Ueno) więc będzie gdzie dokonać porównań.

Następnie ruszyliśmy przez park Ueno, w którym spotkałam dostojnego kota (który odwrócił się do mnie plecami…) oraz złachmanione liście lotosów na jeziorze.

Tego wieczora podjęliśmy drugą próbę dostania się do knajpy z tempurą, do której poprzednio była spora kolejka i tym razem się udało, bo przyszliśmy tuż przed wieczornymi godzinami szczytu i wyjściem z pracy pracowników okolicznych biur. Miejsce nazywa się Kaneko Hannosuke i ma kilka lokali w Tokio, my wybraliśmy ten na Nihonbashi. Zamówiliśmy gotowy zestaw w skład którego wchodziła porcja różnych warzyw i owoców morza oraz kawałek kurczaka z zielonym shiso w tempurze, do tego ryż, zupa miso (z dodatkiem małży!) i wybór kiszonek. I to wszystko było niesamowicie smaczne! *^V^*

Prawdziwym hitem okazało się jajko na miękko (onsen tamago) usmażone w tempurze, które trzeba było wyłożyć na ciepły ryż i doprawić sosem sojowym i przyprawami! *^V^*~~~ Już kombinuję, jak to powtórzyć w domu!

I to jak na razie była zdecydowanie najlepsza tempura jaką kiedykolwiek jadłem. Sam klimat miejsca dodawał swoje: panowie kręcący się w otwartej kuchni, smażący tempurę “na oczach” klientów i podający ją z niewymuszoną, delikatną celebrą. Widać szacunek do składników, do pracy jako takiej, do klienta. Nic wielkiego, bo w sumie to taki mały bar na jakieś 12 osób z cenami porównywalnymi z sieciówkami typu Tempura Tendon Tenya (no, piwo nieco droższe) a jednak coś w sobie ma. Na Googlach pisali, że warto poczekać w kolejce przed lokalem i… no cóż, ja napisałem to samo.

Usatysfakcjonowani wróciliśmy do hotelu na odpoczynek, a miejsce jak najbardziej polecamy! *^0^*~~~

Leave a Reply

Your email address will not be published.