Dzień 3 – Izukyu Shimoda II

Na czym to myśmy skończyli? Na oglądaniu pierwszego wschodu słońca w nowym roku!

Ten wschód ma dla Japończyków znaczenie magiczne, jak zresztą wiele “pierwszych” rzeczy, które robi się w nowym roku, np.: pierwsza wizyta w świątyni. To nie było nam dane, ale skoro ma się z balkonu taki widok, to aż żal nie wstać o 7:00 rano i nie popatrzeć, tym bardziej, że można to zrobić z wanny!…

Po śniadaniu zrobiliśmy coś, czego podczas tego pobytu nie planowaliśmy, a mianowicie poszliśmy na spacer. Przy dłuższych pobytach w ryokanach wcześniej się nam zdarzało, ale taki dwunoclegowy, noworoczny… Mieliśmy planowo robić nic. No ale było tak blisko na wyspę Ebisu, wysepkę raczej, bo obejście jej dwa razy – raz górnym szlakiem a potem dołem przy podstawie dało nam całe półtora kilometra… *^v^*

A to jest w ogóle wyspa nazwana od Ebisu-sama (恵比寿), bóstwa z “panteonu” Shinto, niezwykle sympatycznego boga od rybołówstwa, handlu i szczęścia, a poza tym jeszcze od kuchni, ogniska domowego i rzemiosła. “Znamy się” już od jakiegoś czasu, ze względu przede wszystkim na znakomite piwo które warzy… 😉 No, oczywiście to trochę żart, po prostu na Ebisu (część dzielnicy Shibuya) w Tokyo jest browar o nazwie Yebisu (stara forma imienia Ebisu) od którego ta część miasta przyjęła nazwę (zaś browar od bóstwa). I to jest browar który warzy naprawdę znakomite piwa klasy premium, moje ulubione! Na puszkach i butelkach można oczywiście podziwiać wizerunek bóstwa, no i był to też napój wybrany przeze mnie do świętowania Nowego Roku z #wannynabalkonie.

Tak się mieszka pod skosem na wzgórzu. *^o^*

Do wyspy Ebisu mieliśmy 5 minut spacerkiem w dół od hotelu (jeśli człowiek nie jest uważny, to może to być nawet szybsze zejście, bo stromo jest jak diabli!…). Prowadzi do niej malownicza ścieżka przez mostek, a samą wyspę można obejść górnym szlakiem przez las obok latarni morskiej i mini-świątynki albo dołem po trasie przyklejonej do klifów wokół podstawy.

I jest naprawdę kieszonkowa: obeszliśmy ją górą i dołem czyli dwa razy a w sumie wraz z dojściem z i do hotelu było to ~1.5km. Za to podejścia zegarek policzył mi sporo ponad 60m… Czyli pierwszy “trening” w roku zaliczony!

Wyspa ma długą historię jako miejsce kultu, wykopaliska tam przeprowadzone wskazują na to, że rytuały związane z morzem odprawiano tam już w 6-tym wieku naszej ery. Do tego jest “zrobiona” w dużej części z pumeksu, który tam wydobywano jako ceniony materiał budowlany, odporny na wysokie temperatury ale łatwy w obróbce.

Po powrocie ze spaceru nie robiliśmy nic specjalnego – siedzieliśmy w wannie na balkonie, oglądaliśmy telewizję, aż doczekaliśmy do kolacji. Byliśmy ciekawi, co tym razem dostaniemy do jedzenia i okazało się, że… dostaliśmy dokładnie to samo co poprzedniego wieczora…

Dodatkowo wypada podkreślić, że dzisiejszy Florian…eee… Łucjan?… nie, Alfonsino! Znaczy po polsku to Beryks Wspaniały, alfonsino to po angielsku ale tak najpierw udało nam się zidentyfikować tę lokalną specjalność po japońsku zwącą się kinmedai (キンメダイ), no i ten Alfonsino już z nami został choć oczywiście zaczęliśmy go też przekręcać na różne sposoby… Ale do adrema – otóż dzisiaj przyrządzony był jeszcze lepiej i był naprawdę bardzo smaczny!

To nietypowe, w onsenach zazwyczaj oferta kolacyjna jest bardziej zróżnicowana, a czasami goście nocujący dwie czy trzy noce w kolejne wieczory dostają specjalny dodatek do posiłku (np.: nogi kraba albo wołowinę wagyu, coś takiego naprawdę extra). Tutaj nic takiego nie było. Za to była dodatkowa pani Japonka na sali, która trochę lepiej ogarniała wydawanie posiłków dzięki czemu zjedliśmy kolację szybciej niż poprzedniego wieczora. Kuchnia jednak wciąż przygotowywała kolejne dania powoli i w losowej kolejności, i na przykład ludzie obok nas pewnie myśleli, że już koniec więc nanieśli sobie do stolika deserów a tu wjechała im duszona ryba!… >0<

cdn

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *