Przedostatniego dnia wybraliśmy się na poszukiwanie niezbędnego elementu bagażu, a mianowicie kartonowej tuby. Poprzedniego wieczora zaczęłam pakować naszego rzeczy i z głupia frant przymierzyłam do walizki strzały, które kupiliśmy w świątyni na nowy rok. Byliśmy przekonani, że spokojnie nam się zmieszczą do środka, po skosie, a tu…. niemiła niespodzianka, okazały się za długie!!!
Wprawdzie nie są to strzały zakończone grotem, ale i tak raczej nie można sobie wparadować do samolotu dzierżąc je w garści!… (co ciekawe, z długimi parasolami tak lecieliśmy i nie było problemu, nikt nas nie zatrzymał, wrzuciliśmy je do luku nad siedzeniem i wyjęliśmy przy wysiadaniu). Robert szybko zadał kilka pytań Sztucznej Inteligencji i następnego dnia pojechaliśmy do sklepu Hands po kartonową tubę.
Okazuje się, że Japończycy ale pewnie też obcokrajowcy często po nowym roku przewożą samolotami takie strzały, należy je odpowiednio zapakować i zgłosić podczas nadawania bagażu, dostaną wtedy specjalna nalepkę i zostaną zaniesione do samolotu jako bagaż delikatny. I miejmy nadzieję, że dojedzie w całości (z przesiadką…).
[To są te elementy podróżowania samolotem, których nie znoszę i gdyby tylko wynaleziono działający teleport to skorzystałabym z niego jako pierwsza na świecie!… Raz, że trwa to godzinami, a dwa – bagaże znikają mi z oczu, coś się z nimi dzieje, gdzieś są transportowane, trafiają do samolotu razem ze mną lub nie, różnie bywa – na szczęście zagubiony bagaż nigdy nam się nie przytrafił, ale dwa lata temu w styczniu na przesiadce w Monachium widzieliśmy ludzi wracających z wyjazdu do ciepłych krajów, w szortach i krótkim rękawku, rozmawiających o swoich bagażach, które nie zostały zapakowane do samolotu i dolecą następnego dnia!….. ><]
Z drugiej strony… jednak jakieś podstawowe elementy instynktu samozachowawczego mieć wypada. Nie zginął nam nigdy bagaż, nie został zniszczony (uszkodzony troszkę, ale nic więcej) itp. i jestem za to niezmiennie wdzięczny opatrzności, ale i tak na każdy lot w moim bagażu podręcznym mam zapasową bieliznę, w tym termoaktywną. Nawet jak lecę godzinę. Bo nie mam 100% pewności że dolecę tam gdzie planowałem i wtedy kiedy planowałem, to jest część doświadczenia. A już żeby nie wziąć ze sobą na pokład czegoś ciepłego jak się wraca w zimie z takich ciepłych krajów? No, ale każdy miewa epizody bezmyślności… Ja na pewno :-).

W każdym razie, kupiliśmy kartonową tubę, folię bąbelkową do jej wypełnienia, folię przezroczystą do zabezpieczenia jej z zewnątrz i rolkę odblaskowej taśmy klejącej, żeby się ta tuba rzucała w oczy. Zapakowaliśmy nasze strzały i przekonamy się, czy to zadziała, jakie będą ich dalsze losy napiszę po przylocie! *^V^*~~~
Generalnie kłopot jest też taki, że to są “strzały”. Nie mają grotów i tyle można nimi krzywdy zrobić co pałeczkami na przykład, ale ponieważ to “strzały” to “flagują” się jako BROŃ. Podobno… Na japońskim lotnisku zapewne nikt by się tym aż tak nie przejął ze względu na szeroką rozpoznawalność tego przedmiotu, ale przy przesiadaniu się w Europie kontekst już ulata i nie ma co robić innym i sobie kłopotu. Dlatego nie zabiera się strzał do bagażu podręcznego, a jak się je wysyła pocztą albo opisuje na bagażu nadawanym to one są “wooden decorative items” oczywiście i absolutnie nie “arrows”.
Ostatnie dni przed powrotem to zawsze robienie ostatnich zakupów i taka też była nasza sobota. Pojechaliśmy do dzielnicy Shinjuku po wspomnianą wyżej tubę, ale najpierw zatrzymaliśmy się w kawiarni Egg Slut na ciacho i kawę! ^^*~~


Kilka widoków z okolicy stacji Shinjuku. Tutaj mieszkaliśmy w 2011 podczas naszej pierwszej wizyty w Japonii i zawsze będę miała do tej okolicy duży sentyment!



Ciekawostka – parasol sharing! (na jednej ze stacji kolejowych trafiliśmy też na spacerówki dziecęce do wynajęcia, bardzo mądre, jeśli nie chce się ciągnąć własnego wózka przez pół miasta, można wygodniej przejechać z dzieckiem pociągiem, w konbini można też wynająć powerbanka i doładować telefon).

Na lunch wróciliśmy do Ochanomizu na nabe w Yoshinoya!
Albowiem nie potrafimy się nauczyć, że knajpki z sashimi i kaisendon na ogół zamykają się około 13:00-14:00 i otwierają ponownie ~15:00-17:00… 🙁 Nie żebym narzekał na Yoshinoyę! Yoshinoya zawsze na propsie!

Tak przy okazji, na stacji Ochanomizu spotykają się dwie linie kolejowe: Chuo i Sobu oraz linia metra Marunouchi. Zobaczcie jak sprytnie są ułożone ich trasy!


Marunouchi to ten czerwony :-). To jest metro i jeździ pod ziemią na całej trasie, ale tu na chwilkę wyskakuje pod otwarte niebo przekraczając rzekę Kanda. Najfajniej złapać Chuo (pomarańczowy), Chuo-Sobu (żółty) i Marunouchi na raz, i najlepiej jak te dwa pierwsze jadą każdy w inną stronę… Te pociągi śmigają tu co kilka minut maksymalnie więc nie jest to aż takie trudne. No ale widać nie mam cierpliwości.
(A w tle to chyba Azusa się jeszcze załapała!)
I jeszcze kilka widoków z nocnej (ok. 17:00 *^v^*) Akihabary.





Jakoś tak zaczęliśmy omijać Electric Town szerokim łukiem… Najgłośniejsza, najbardziej doświetlona, najbardziej anime i otaku część nadal mnie fascynuje, ale jakoś tak… nie wiem, starzejemy się? 🙂 Za dużo turystów (niby takich jak my przecież), za dużo “obcych” twarzy i języków, za dużo miejsc które pod tą presją zaczęły się zmieniać i dostosowywać do tychże turystów. Niby to jest ok, ale… jakoś tak wolę być obserwatorem jak najmniej ingerującym w obiekt obserwowany, a tu czuję się częścią tej siły zmieniającej to niesamowicie ciekawe i oryginalne miejsce. Chciałbym zachować je niezmienne… co oczywiście jest bez sensu bo tak dynamiczne miejsce zmienia się z natury!
Kolacja wypadła nam w izakayi Ichie.

To co tu widzicie to poczekalnik (tzw. otoshi), prawie zawsze dostaje się go w izakayach. Uwaga! To nie jest darmowa przekąska! I jest też obowiązkowa, nie można odmówić i odliczyć sobie od rachunku, to takie stolikowe, kosztuje między 300 a 600 jenów.

Nasza kolacja wyglądała tak:




Został nam jeszcze tylko jeden dzień, a potem wracamy do domu.