W czwartek wnieśliśmy kontrabandę na stołówkę!… *^W^*

Poprzedniego dnia w sklepie spożywczym znaleźliśmy coś nietypowego, a mianowicie czarne natto. Kurosengoku było zwane soją-fantomem, ponieważ jego produkcja zakończyła się w latach 70-tych XX wieku i pozostało tylko kila tuzinów zamrożonych ziaren, z których firma Azuma odtworzyła produkt i ponownie ruszyła z produkcją natto. Smak ciekawy, trochę inny od zwykłego natto, dodatkowo zamiast musztardy jako przyprawy dodane jest tu wasabi.

Po śniadaniu znowu ruszyliśmy w miasto. Przeszliśmy przez Kanda Myoujin – tłumy wciąż nieliche, chociaż kolejka do samej świątyni już dużo mniejsza.




Przeszliśmy spacerkiem przez część Akihabary do księgarni Shosen.






Zobaczcie, na co trafiliśmy w księgarni – mój ukochany kryminalny serial japoński, “Historie ze stacji końcowej” (終着駅シリーズ) na DVD!!! Trochę żałuję, że sobie nie kupiłam, ale to była dziwne wydanie, bo brakowało niektórych odcinków… No nic, następnym razem!

I po krótkim spacerze znaleźliśmy się na Nihonbashi.





Żeby nowej świeckiej tradycji stało się zadość wybraliśmy miejsce z owocami morza na ryżu i lunch zjedliśmy w restauracji Tsujihan. Bardzo ciekawy sposób podawania – najpierw dostaje się cztery kawałki sashimi ale zalecane jest pozostawić sobie dwa kawałki na później. Dostajemy też miseczkę sosu sojowego wymieszanego z żółtkiem, do którego dodajemy wasabi wedle swojego uznania. Kiedy na stół wjeżdża miska z daniem głównym – ryżem a na nim mieszanką owoców morza (krewetki, tuńczyk, ślimak morski, krab) polewamy je tym sosem sojowym, mieszamy i zajadamy. Ale! Gdy osiągniemy 1/3 pozostałego dania w misce wołamy obsługę i do naszej miski zostaje dolany pyszny gęsty bulion, i wtedy do tego bulionu dorzucamy pozostałe dwa kawałki sashimi i kończymy obiad. *^V^*~~~ Było bardzo przepysznie!!!







Po lunchu poszliśmy w kierunku stacji Tokyo, po drodze odwiedzając sklep z butami Marugo. To marka która powstała w 1919 roku w Chayamachi, Kurashiki. Początkowo produkowali proste funkcjonalne jikatabi czyli bawełniane białe lub czarne buty na gumowej podeszwie z charakterystycznym podziałem na duży paluch i resztę palców, takie buty stosowało się w Japonii do wszelkich prac (np.: na budowach, itd), natomiast obecnie odchodzi się od tego z powodu przepisów bezpieczeństwa – w końcu stopę chroni tylko kawałek bawełny na gumie, a więc żadna to ochrona przed urazami. W 2012 roku firma postanowiła odnowić pomysł na jikatabi i zaczęła produkować kolorowe i wzorzyste wersje, zachęcając Japończyków do nowego spojrzenia na ten typ obuwia. Niestety, pomysł w Japonii się nie sprzedał, bo wciąż jikatabi były tu jednoznacznie kojarzone z butami roboczymi, ale to co się nie spodobało Japończykom, znalazło amatorów poza Japonią i dziś Marugo sprzedaje swoje buty turystom, którzy doceniają połączenie tradycji z nowoczesnym wyglądem, a trzeba dodać, że te buty są niesamowicie wygodne. *^o^* (podobne kolorowe jikatabi można kupić w sklepie Sou Sou, w którym byliśmy kilka dni wcześniej) Odsyłam Was do ich strony online bo w sklepie nie robiliśmy zdjęć.
W ogóle okazało się, że najwyraźniej Marugo robi buty dla Sou Sou, a za to skarpety tabi Sou Sou są w sklepie Marugo. Czyli wyraźnie mają joint-venture. Zaś co do samych jikatabi, tych roboczych to muszę tylko potwierdzić ich zajefajność. W 2011 roku zobaczyłem je w sklepie i pomyślałem: fajne. W 2014 dojrzałem już żeby kupić, ale… nie byłem w stanie nigdzie ich znaleźć. Nie umiałem najwyraźniej po prostu. Próbowałem później, bez skutku, pewnie zbyt mało intensywnie. W 2023 się zawziąłem i znalazłem sklep Mannenya na Shinjuku. Kupiłem pierwszą parę, a z następnego wyjazdu przywiozłem od razu następną. W międzyczasie zacząłem coraz częściej chodzić w barefootach, a jikatabi dla mnie to idealny barefoot: świetnie się trzyma stopy, znakomicie trzyma się gruntu, podeszwa robocza więc choć miękka i elastyczna to daje poczucie bezpieczeństwa… W tym roku też sobie kupię, bo choć poprzednie wciąż są w dobrym stanie mimo teraz już ciągłego używania to chcę mieć zapas.
I tylko trzeba się przyzwyczaić, że się ludzie na ulicy ci się przyglądają. Bo te buty rzucają się w oczy. Ale… zauważyłem, że w Tokio nie… W sumie nic dziwnego :-).






Dzień był dość wietrzny, więc Robert ocieplał się kapturem! ^^*~~





Na kolację poszliśmy do baru z ramenem niedaleko naszego hotelu – Ramen An. Przeczytaliśmy w Sieci, że właściciel jest bardzo pomocny i miły a ramen bardzo dobry, to postanowiliśmy wypróbować. Rzeczywiście, starszy pan prowadzący ten lokal był bardzo miły, bar był automatowy i pan od razu do nas podszedł i wymienił nam nowe tysiącjenówki na stare, bo automat nie przyjmuje tych nowych (spotkaliśmy się z tym w kilku miejscach, z drogerią włącznie, ale w drogerii to był problem pana sprzedawcy!…), dopytał o rozmiar porcji kiełków fasoli mung (były cztery do wyboru, ja wzięłam najmniejszą, Robert – całkiem dużą! *^V^*). Szybko podgrzał makaron, przygotował bazę do bulionu i dodatki, i było bardzo smacznie!
Spanikowałem i przesadziłem z tą extra dużą porcją… Byłem głodny, ale nie doceniłem kiełków. A można było nawet więcej dostać! Nie rozumiałem kiedyś tego, bo to można zaobserwować czasem w filmie czy w anime – ktoś jest głodny to ładuje tych kiełków całą furę, aż piramidę, większą nawet niż na zdjęciach poniżej. Bo to jest tanie i można się tym napchać, więc szczególnie jak historia opowiada o biednym studencie to te kiełki się pojawiają. No ale jak? Kiełkami się najeść? No… można, oj można i to jeszcze w ramenie one są po prostu bardzo smaczne więc dobrze wchodzą. Ale do hotelu trzeba mnie było poturlać…

