Drugiego dnia po śniadaniu pożegnaliśmy hotel Plumm i pociągiem Odoriko 7 pomknęliśmy do drugiego przystanku naszej podróży, a mianowicie do stacji Izukyu Shimoda. Bilety na pociąg kupiliśmy na miesiąc przed wyjazdem jak tylko były dostępne miejscówki na interesujące nas daty i dobrze zrobiliśmy, bo rozchodziły się jak ciepłe bułeczki!…
Pro-tip (bo w końcu ten blog zawsze był też o tym jak podróżować do i po Japonii): co do zasady i wg naszej obserwacji bilety na pociągi w Japonii można rezerwować na miesiąc przed datą na którą bilet kupujemy. I to dotyczy podobno wszystkich pociągów, w tym specjalnych i takich które same w sobie są atrakcją turystyczną. Jeśli kierunek/pociąg jest popularny należy się liczyć z dużym zainteresowaniem. W tym wypadku Odoriko to pociąg na półwysep Izu, wygodny i dość szybki (Shinkanseny tu nie docierają), czasem nawet właśnie taki specjalny (Saphir Odoriko), generalnie atrakcyjny ze względu na kierunek. Do tego to specjalny okres, bo Odoriko dowozi klientów do wielu turystycznych, onsenowych miejscowości a Nowy Rok Japończycy może świętują spokojnie, ale to znakomity czas na wycieczkę do onsenu właśnie. To wszystko powoduje, że warto naprawdę przypilnować i zalogować się do systemu rezerwacji jak tylko bilety są dostępne. O czym oczywiście pamiętałem jeszcze w pażdzierniku… A potem przypomnieliśmy sobie 2-go grudnia i… bida trochę była. Chcieliśmy inną godzinę, żeby dojechać na miejsce dokładnie pod shuttle busa z hotelu (o 15:00 na stacji) ale wszystkie inne hotele też zbierają klientów od 15:00 więc oczywiście na ten pociąg już biletów nie było.
Na szczęście to Japonia, Odoriko odjeżdża co godzinę od 10:00 a poza tym są też inne opcje, choć mniej wygodne, ale dostępne niemal całą dobę. Kupiliśmy trochę wcześniejsze bilety w jeszcze nie zupełnie wyprzedanym składzie i… w sumie fajnie, bo mogliśmy spędzić chwilę na stacji Izukyu-Shimoda.
Bilety opłaciliśmy przy zakupie kartą, odbiera się je zaś na miejscu w dowolnym biletomacie JR. W zasadzie na każdej stacji JR taki jest. Można też w JR Travel Center, ale tam są często kolejki a automaty gadają po angielsku.




Na stacji kolejowej w Izukyu Shimoda mieliśmy trochę czasu do przyjazdu naszego transportu z hotelu, więc poszliśmy na lunch do kolejowego baru z ostrygami, sashimi i smażoną rybką… *^V^*~~~
Która się nazywa “Bezpośrednio dostarczone z portu rybackiego w Shimoda Sakanaya Dojo” (sic!). Wygodna o tyle, że ma menu pod QR kodem, w tym anglojęzyczne, a zamówienie sobie można wyklikać. A potem panie kelnerki przynoszą zamówienia na wyścigi z wesołym robocikiem. Obsługa znaczy jest mieszana :-).

Hotel Ocean View Hiromi Spa jest położony tuż nad morzem a z pokoju mieliśmy cudowny widok na ocean. Co ja mówię – z pokoju… Z balkonu, na którym oprócz foteli była też wanna z wodą z gorącego źródła!!! *^O^*~~~ (to był zresztą powód, dla którego wybraliśmy ten właśnie hotel).





Niestety, jak to mówi stare przysłowie – “lepsze jest wrogie dobrego”, i o ile nie mogę hotelowi zarzucić niczego strasznego, to za tę cenę spodziewałam się doświadczenia na poziomie hotelu w Nasushiobara sprzed dwóch lat, czyli fajnych napojów i przekąsek w pokoju na przywitanie, onsenowego sklepu ze słodyczami i pamiątkami, wypasionego jedzenia, porządnego onsenu dla Roberta (ja nie jestem wielką fanką, no i mam tatuaże, a to często jest przeszkoda w korzystaniu z gorących źródeł czy basenów), innych fikuśności w postaci ping ponga, foteli do masażu, pokoju gier, przekąsek w trakcie dnia w cenie pobytu, itd czyli tych atrakcji które już miewaliśmy w hotelach w Japonii.
Tutaj na powitanie dostaliśmy w recepcji napój do wyboru – kawę w puszce, zupę kukurydzianą w puszce albo butelkę wody. W pokoju były dwie saszetki herbaty, zero przekąsek. (Oraz ekspres z kawą rozpuszczalną, hm…) Sklepu onsenowego nie było wcale, jedyna oferta to kilka opakowań ciastek do kupienia przy recepcji (z których połowa już wyszła…). Była za to sala z czterema fotelami do masażu, rowerek stacjonarny i bieżnia oraz masażystki (za opłatą). Kolacja noworoczna okazała się przyzwoita, ale…

Są różne sposoby serwowania jedzenia w japońskich hotelach – w formie bufetu, czyli wszystko stoi w porcjach i garnkach w jednym miejscu i goście sami sobie nakładają co i ile chcą; cały stół od razu nakryty wszystkimi albo częścią dań, reszta jest donoszona z czasem; albo ostatni sposób – goście siadają do stołu i dania zaczynają wjeżdżać jedne po drugich, puste talerze są zabierane a na ich miejsce pojawiają się kolejne punkty menu. Tutaj mieliśmy do czynienia z ostatnim sposobem, z tym, że….. hotel raczej nie umie w ten sposób serwowania!…
Dostaliśmy herbatę i wodę. Czekaliśmy 15 minut na sashimi. Potem gdy już zjedliśmy pierwsze danie, czekaliśmy nad pustymi talerzami 20 minut na posprzątanie i tempurę. Potem po jej zjedzeniu czekaliśmy 20 minut na homara (ten najbardziej rozczarował smakiem…). Potem z 15 minut na danie z wołowiną. Cały czas nie mieliśmy pojęcia ile jest dań i czy to co dostaliśmy jest ostatnie czy może jeszcze coś będzie, bo nie było wydrukowanego menu (dostawaliśmy takie menu w innych hotelach), a głupio się tak siedzi nad pustym talerzem i czeka nie wiadomo na co. Po kolejnych 15 minutach czekania wjechała duszona ryba (lokalna specjalność z Shimoda, kinmedai (金目鯛) a po polsku beryks wspaniały tudzież szkarłatny)i makaron soba. Co było bardziej konfudujące to fakt, że inni goście wokół nas którzy przyszli w mniej więcej tym samym czasie dostawali te same dania ale każdy w innej kolejności!… Tak jakby kuchnia nie umiała przyrządzić na raz tego samego dania, więc różne stoliki dostały w sumie to samo menu kolacyjne, ale każdy w innej kolejności! *^W^*

Co ciekawe, pierwszy raz w Japonii jedliśmy takie sobie owoce!… Ananas kwaśny, melon kartonowy, jedynie jabłka i winogrona dawały radę. Piszę o tym, bo to było naprawdę zaskakujące, tutaj owoce zawsze są przepyszne!… (okazuje się, że nie >0<)
Śniadania były serwowane w formie bufetu i tu już nie mam co kuchni zarzucić, jedzenie ogólnie było bardzo smaczne.

Co do onsenu – oddam głos Robertowi:
To jest blog o tym jak fajnie jest w Japonii, a już specjalnie na przykład w ryokanach z onsenem, więc… winienem zamilknąć :-). Ale… Pokój faktycznie ma widok “to die for” i #wannanabalkonie chyba najlepsza z dotychczasowych trzech doświadczonych. Potężny ocean za barierką, morza szum i tak dalej – no cudo. Ale we wspólnej łaźni… miejsca mało, niczym nie wyróżniające się wszystko, jeden basen gorący pod dachem (to jest mało), jeden z zimną wodą (posaunowy) na zewnątrz i… w miejscu w którym powinno być rotenburo stały… trzy takie same wanny jednoosobowe jak na “naszym” balkonie. Wyglądało ta jakby ktoś przykrył basen dekiem i dostawił te wanny… bo miejsce wyglądało jakby kiedyś tam był basen… Zniesmaczony poszedłem do sauny, w której trochę zmarzłem 😉 (75st. C pod sufitem szału nie robi, nawet jeśli jak ja za gorącej sauny się nie lubi). Naprawdę… dobrze, że byłem sam bo musiałem wstać i rozgrzewkę zrobić lekką żeby się spocić…
Werdykt: pokój bez #wannynabalkonie w tym hotelu to byłaby porażka.
Jeśli komuś się wydaje, że hucznie świętowałam sylwestrową noc to nic z tych rzeczy – padłam do łóżka o 22:00, przebudziłam się za 8 sekund dwunasta (wiem, bo trwało odliczanie w telewizji! ^^*~~), złożyliśmy sobie z Robertem życzenia i potem spałam do 5:30. A przed siódmą poszliśmy na balkon, żeby obejrzeć pierwszy w nowym roku wschód słońca. *^V^*~~~
E, no… ja witałem nowy rok wiecie gdzie, prawda? Oczywiście w #wannienabalkonie!
cdn