Genshiken

Życie bez pasji jest puste i nic nie warte. A jedną z naszych pasji jest oglądanie anime i wyszukiwanie w Tokio miejsc, w których działa się akcja danej serii, i w tym celu w sobotę wybraliśmy się na wycieczkę. Zaczęliśmy od śniadania w konbini a już po chwili mknęliśmy metrem w kierunku naszego celu podróży.

Po drodze spotkaliśmy się z kolegą Michałem, który mieszka tu i pracuje od kilku lat. *^v^*

Linią Keio dotarliśmy do stacji Tama Center gdzie przesiedliśmy się w Tama Toshi Monorail i przejechaliśmy na Tama Doubutsu Koen, gdzie najpierw odwiedziliśmy malutkie Keio Rail Land – muzeum kolei Keio (wstęp 250 jenów). Atrakcja zdecydowanie bardziej dla dzieci niż dorosłych (tym polecamy Muzeum Kolejnictwa w Saitama), można podziwiać dużą dioramę i poprowadzić modele pociągów, zwiedzić standardowe wagony pociągów podmiejskich Keio, usiąść za kierownicą typowego autobusu Keio i… w zasadzie nic więcej. Na piętrze jest natomiast bawialnia dla dzieci o tematyce pociągowej i widać, że wielu mieszkańców okolic przywozi tu w weekend dzieci żeby mieć je na jakiś czas czymś zajęte… Przy tej stacji znajduje się też ZOO, którego nie odwiedziliśmy. Wygląda jednak na dość duże i chyba ciekawe jeśli ktoś lubi ZOO. My nie mamy nic przeciwko, może wrócimy kiedyś.

Ale najważniejszy był monorail! Oczywiście… Bo po pierwsze po poprzednich przejażdżkach tym typem transportu już się w nim zakochałem (bo wysoko, bo super widoki, bo cichy i bo jeździ po krzywych jak mały rollercoaster) a po drugie ów monorail jest też często pokazywany w anime na którego tropie byliśmy dziś – bohaterowie dojeżdżają nim na swój uniwersytet.

Ciekawostka – w tym automacie można kupić danie obiadowe na gorąco. ^^*~~

Co też pokazuje skalę samego Keio Rail Landu – malutkie miejsce na krótką rodzinną wizytę, nawet kafejki obsługiwanej przez żywy personel nie ma, a jej rolę przejmuje ten (i kilka innych) automat. Ale i tak fajnie było tu wpaść po drodze, jakoś taka przyjemna atmosfera tu panuje.

Następnie znów wsiedliśmy w Tama Toshi Monorail i pojechaliśmy na stację Chuo Daigaku Meisei Daigaku, żeby – jak sama nazwa wskazuje, odwiedzić Uniwersytet Chuo. A czemu? Bo właśnie tam dzieje się akcja anime Genshiken, które opowiada o życiu grupy przyjaciół skupionych w uniwersyteckim Stowarzyszeniu Badań nad Nowoczesną Kulturą Wizualną, w skrócie: Genshiken. Oczywiście w anime i mandze uniwersytet nie nazywa się Chuo, ale miejsce jest to samo, odwzorowane z dużą dokładnością.

Przepraszam, to co tu uprawiamy to nie jest taki prawdziwy, hardcorowy Anime Pilgrimage bo nie biegamy z kadrami z anime żeby idealnie uchwycić zdjęcie pod tym samym kontem i w tym samym układzie klatki. Tak robią prawdziwi Otaku (ale tak przy okazji: termin Otaku już dawno przestał być tak pejoratywny jak go polska Wikipedia maluje, w każdym razie w Japonii), a nam wystarcza odetchnięcie atmosferą i bycie w danym miejscu. Także kadry nie będą się idealnie zgrywać ale wierzcie mi – to jest to miejsce.

Uniwersytet zajmuje spory teren i składa się z wielu budynków, a jednym z nich jest ten przeznaczony na działania różnych klubów studenckich. Jest to dość niesamowite miejsce, bo kolejne pokolenia studentów odcisnęło na nim wyraźne piętno.

Cały kampus jest śliczny, wygląda na nowiutki (a nie jest – sam Genshiken rysowany jest od 2002-go roku i już wtedy uniwersytet wyglądał tak samo) i jest solidnie utrzymany i wysprzątany. A budynek klubowy… Cóż, wysprzątany jest, śmieci się w zasadzie nie walają ale co do wyglądu ogólnego to widać, że to jest miejsce nieskrępowanych działań twórczych. I w sumie super – można by się pokusić o stwierdzenie, że jego istnienie w całym kampusie idealnie wpisuje się w koncepcję Wabi-sabi (z naciskiem na sabi).

A to drzwi, które prowadziły do pokoju klubu Genshiken! *^V^*

Jak widać autorzy przenieśli budynek na ekran (a wcześniej do mangi) w całym jego splendorze bez owijania w bawełnę. Pamiętam, że jak oglądałem anime po raz pierwszy nie wiedząc jeszcze, że to miejsce istnieje naprawdę byłem przekonany, że ktoś tu przegiął i gdzie jak gdzie ale w Japonii takie coś byłoby nie możliwe. A tu proszę!

Pospacerowaliśmy jeszcze po kampusie uniwersyteckim,

a potem wróciliśmy na stację monoraila i przejechaliśmy na stację Tachikawa w poszukiwaniu lunchu.

A tu widać pociągi monorail od spodu i od razu jest jasne czemu są ciche: poruszają się na ogumionych kołach. 

Postawiliśmy na ramen i trafiliśmy na bardzo przyjemne miejsce, w którym zjedliśmy po misce makaronu w zupie z dodatkami, taka porcja kosztowała 800 jenów – ok. 26 zł.

A wieczór postanowiliśmy spędzić w dzielnicy Shibuya chodząc od baru do baru. Zaczęliśmy spacerem z Shinjuku poprzez Harajuku do Shibuya (4km z małym okładem, a spacer bardzo przyjemny). Znacie już te dzielnice z naszych odwiedzin w latach poprzednich, tym razem udało nam się uchwycić klimat sobotniego wieczora, ludzie tu lubią dobrze zjeść, zrobić zakupy i się zabawić! *^V^*

I jak gdzieniegdzie będzie widać robią to wszyscy na raz. Ale pamiętajmy, że reszta Tokijczyków była w tym czasie na Shinjuku, Ikebukuro i w kilku innych jeszcze miejscach imprezowych…

Uważne oko być może wypatrzy na filmie, że u Karla Lagerfelda była jak raz rozdawajka jakaś. A kolejka wyjątkowo jak na Japonię króciutka. Może trzeba było stanąć? Ale teraz to już ucho od śledzia…

Odwiedziliśmy najpierw naszą ulubioną restaurację Isomaru Suisan w której wypiliśmy po drinku highball i zjedliśmy smażone rybki i edamame, potem wpadliśmy na pierożki i shochu, a na koniec zostawiliśmy nihonshu i przepyszne warzywa w Nakame no Teppen!

Shibuya przed północą. ^^*~~

Jedną z tych rzeczy jakiej Tokijczycy mogą pozazdrościć na przykład Warszawiakom jest komunikacja miejska działająca w nocy. Oczywiście oni mają inną skalę, a mimo to komunikację ową wciąż kładącą naszą na łopatki pod każdym nieomal względem. Ale… z jakichś przyczyn niepojętych… kursuje ona tylko do kilkunastu minut po północy. A potem albo horrendalnie droga taksówka, albo spacer często kilkanaście i więcej kilometrów albo siedzimy do 4-5-tej rano w famiresu (family restaurant – niedroga restauracja czynna często 24h) przy kawie próbując doczekać pierwszego pociągu. Co ciekawe zatem choć knajpy się wcale jeszcze nie zamykały to ruch na ulicach nagle zgęstniał (a przecież już był dość duży) gdyż towarzystwo imprezowe ruszyło w kierunku stacji metra i kolei łapać te ostatnie pociągi. Co i my uczyniliśmy skwapliwie, bo mając już kilkanaście kilometrów miejskich w nogach tego dnia woleliśmy pieszo do hotelu nie wracać. Ale “u nas” na Kandzie wciąż przecież były otwarte konbini więc jeszcze jeden highball plus chicken karage i onigiri można było przyswoić!

Na czym wieczór ostatecznie zakończyliśmy.

6 thoughts on “Genshiken

    • Bardzo polecam! Takie o życiu studenckim (o życiu geeków, ale jednak studentów ^^*~~), z normalnymi postaciami z życia wziętymi.

    • Nie zawsze da się znaleźć dokładne lokalizacje, chociaż są fani, którzy wynajdują idealne kadry z danego anime i fotografują te same miejsca. Aż takimi geekami nie jesteśmy, ale jest coś rozczulającego w znalezieniu lokalizacji ulubionego anime, tym bardziej, że coraz częściej przecież anime są rysowane na zdjęciach żywego miasta. ^^*~~
      Edamame kocham! Kupuję w Warszawie mrożone i smakuje tak samo (chociaż cena mnie denerwuje, ale rozumiem, że trzeba to przecież przywieźć…), tutaj muszę się najeść na zapas! *^0^*

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *